niedziela, 29 lipca 2012

04. Tajemnica przyciąga tajemnicę

Opustoszały cmentarz był tak samo wyludniony, jak parę sekund wcześniej. Dean jeszcze przez chwilę lustrował teren wzrokiem, po czym prychnął i rzucił kartkę za siebie. Ruszył pewnym krokiem w stronę bramy, jednak po chwili wrócił się, podniósł z ziemi świstek papieru i wsadził do kieszeni spodni.
Paranoja, pomyślał po raz kolejny tego dnia, oddalając się od grobów.
Szybko znalazł się w samochodzie i wręcz z rozkoszą wsłuchał się w głośne rzępolenie silnika, które po rozgardiaszu natury i ciszy cmentarza było muzyką dla jego uszu. Wyjechał na drogę i ruszył przez park, po drodze myśląc o całej osobliwej wizycie, jaką przed chwilą odbył.
Cała ta wycieczka była, jak się okazało, pozbawiona sensu, ale przynajmniej sprawdził jeden trop, jeden z dwóch, jakie mieli. Dowiedział się czegoś o okolicy, usłyszał stek bzdur z ust szalonego głupca, ktoś robił sobie z niego jaja na starym cmentarzu. Normalka.
Z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że wszystkie ze słów Vergasa należy włożyć między bajki. Ot, mocno posunięty w latach facet, który zdziwaczał na starość. Albo i nie na starość, patrząc na wiek jego mebli i ich stan. Ubzdurał sobie, że zmarli porozumiewali się z nim zagadkami, i tyle. Przydałby mu się dobry psychiatra.
Park skończył się i Dean zatrzymał się na rozdrożu. Droga w prawo prowadziła do resztek Pine Hill. Mimowolnie przełknął ślinę. Nie miał najmniejszej ochoty tam wracać. Co prawda powiedziano mu, że innej drogi nie ma, po lewej znajdowała się jednak owa „inna droga”, wyglądająca równie dobrze jak ta, którą tu przyjechał. Niewiele myśląc skręcił w tamtą stronę i ruszył prosto przed siebie.
Po czasie, który był zdecydowanie krótszy niż ten, którego potrzebował na przyjazd, znalazł się na znajomym gruncie okolicy położonej niedaleko motelu. Kolejna zagwozdka – dlaczego wszyscy kierowali go drogą przez pustkowie śmierci, skoro istniała inna, znacznie przyjemniejsza trasa?
Coś tu śmierdziało. I to dość mocno.
Zajechał pod hotel, zauważając przy okazji z niejakim zdziwieniem, że już zaczynało się ściemniać. Jego mała wyprawa musiała zająć więcej czasu, niż mu się wydawało. Wyszedł z auta i wszedł do środka budynku, po drodze zgarniając zapomnianą poduszkę.
Recepcjonistki nie było nigdzie widać, dosłyszał za to jej dziwnie radosne świergotanie, dochodzące gdzieś z głębi. Podążył w tamtą stronę korytarzem. Na jego końcu znalazł niewielką kafejkę z paroma stolikami. Kobieta siedziała na okrągłym blacie na środku sali, dyskutując o czymś z wielkim ożywieniem. Choć właściwie trudno było to nazwać dyskusją – odpowiedniejszym wyrazem byłby „monolog”, ponieważ siedzący pod ścianą John jedynie kiwał od czasu do czasu głową, z wymuszonym uśmiechem na twarzy sącząc kawę z czarnego kubka.
Dean oparł się niezauważony o framugę drzwi, przez krótką chwilą obserwując zachowanie ojca, tłumiąc jednocześnie złośliwy chichot. Jeśli chodziło o potwory, demony i zemstę John umiał dać z siebie wszystko, wcielając się doskonale w każdą rolę. Kiedy przychodziło do zwykłych kontaktów międzyludzkich sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Znacznie, a to znacznie gorzej. Od czasu śmierci Mary wszystko i wszyscy się zmieniło. Dean zacisnął zęby. Nie będzie teraz o tym myślał.
- Dean! - Twarz Johna rozświetlił szeroki uśmiech, taki, jakim ojciec powinien witać syna. A przynajmniej każdy ojciec, który nie był nim. Umiejętność gry aktorskiej obaj Winchesterowie mieli opanowaną do perfekcji, zasługując na Oskara bardziej niż wielu hollywoodzkich aktorów. - Gdzie się podziewałeś?
Kobieta uśmiechnęła się na widok tej iście rodzinnej sceny, po czym ześlizgnęła się ze stołka z gracją nastolatki i powiedziała:
- Nie będę wam przeszkadzać. Zrobię ci kawę, kochaneczku – dodała, zwracając się do młodszego Winchestera. Obdarzyła Deana uśmiechem, minęła go i zniknęła w korytarzu.
Kąciki ust Johna momentalnie opadły. Westchnął, po czym sięgnął po leżącą na blacie stołu gazetę. Jej tytuł głosił „Dodatek specjalny – zniknięcie Pine Hill”.
- Więc... - Dean z lekką niechęcią przełożył prysznic o dodatkowe parę minut, dosiadając się do ojca. - Wywnioskowałeś coś z tego śluzu?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – mruknął John, nie podnosząc wzroku znad gazety.
Dean odchrząknął, zastanawiając się nad tym, jak ująć swoją totalną porażkę w słowa. Trochę dodatkowego czasu kupiła mu recepcjonistka, która postawiła przed nim kubek z parującą kawą i zaraz oddaliła się w stronę hallu.
- Rozmawiałem z miejscowym dziwakiem – powiedział w końcu, upijając łyk. Płyn, mający prawie temperaturę wrzenia, poparzył mu usta, ale był już do tego przyzwyczajony.
- I? - John przekręcił kartkę gazety, znikając za nią całkowicie. Dean mógł przeczytać pierwszą stronę, zatytułowaną: „Kosmici atakują! Czy czeka nas zagłada?”.
- Zaserwował mi stek bzdur, które rzekomo usłyszał od zmarłych – zaśmiał się sztucznie, wodząc palcem po obwodzie kubka.
- Jak na przykład?
Miał nadzieję, że nie dojdzie do tego pytania. Że nie będzie musiał usłyszeć, jaką kompletną kompromitacją okazała się jego rzekoma misja.
Wydobył z pamięci wszystkie dziwne zdania, które o dziwo zapamiętał i wypowiedział je na głos z wielką dozą sceptycyzmu, tonem lekko bagatelizującym. Przez chwilę panowała cisza. Po paru sekundach John spojrzał na niego znad gazety i uniósł brwi.
- Zmarli cytują Szekspira? - spytał, składając papier i odkładając go na blat stolika.
Dean zakrztusił się kawą.
- Szekspira? - Nawet nie przeszło mu przez myśl, że ojciec mógłby żartować. Zdarzało mu się to bardzo, a to bardzo rzadko. - Świetnie. Mówiłem, że to stek bzdur.
Skupił się na smaku kawy, unikając spojrzenia ojca. Właściwie to miał nadzieję, że zagadkowe zdania okażą się po prostu urojeniami szaleńca. Teraz czuł się skompromitowany. Nie dość, że wyglądał jak jedna wielka kupa nieszczęścia i śmierdział na kilometr, to jeszcze zaserwowano mu cytaty z dzieł angielskiego dramaturga. A on przez chwilę nawet zastanawiał się nad ich możliwą prawdziwością. Sammy na pewno wpadłby na to w pierwszej chwili.
Wprost genialnie.
- Niekoniecznie.
Podniósł głowę, patrząc ze zdziwieniem na Johna. Starszy Winchester zastanawiał się nad czymś przez dłuższy czas, złączając czubki palców i zatrzymując spojrzenie na ścianie.
- Niekoniecznie? - Dean w końcu powtórzył po nim to jedno, dziwaczne w tej sytuacji słowo, chcąc usłyszeć odpowiedź.
- Cóż, koło Szekspira zawsze kręciło się sporo spekulacji i niedomówień. Zarówno co do autorstwa jego dzieł, jak i magii w nich zawartej. Łowcy, jak na każdy inny temat, także i na ten mają swoje własne teorie. - John wyprostował się na swoim siedzeniu, kartkując dotychczas leżący obok niego na krześle dziennik. - Uważają, że magia ta jest miejscami zbyt dokładnie opisana, by ich autor nie miał z nią bezpośredniego kontaktu. Stąd doszli do różnych nieistotnych w tej chwili wniosków. W tej chwili ważne jest to, że cytaty akurat z Szekspira nie muszą być stekiem bzdur.
Odnalazł wolny skrawek kartki i podsunął dziennik Deanowi.
- Spisz tu wszystko – podał zdumionemu synowi pióro i z powrotem skupił się na swojej kawie oraz gazecie.
Dean zapisał powoli wszystkie sentencje i oddał ojcu papiernicze przedmioty.
- Byłem też na cmentarzu – poinformował go, czując się nieco dziwnie. Pierwszy raz w życiu wpisał coś własnoręcznie do dziennika ojca, który stanowił coś w rodzaju świętej księgi Winchesterów. - Zwykły cmentarz z XIX wieku w miasteczku-widmo, z jeszcze jedną kartką na podłożu.
John pokiwał głową.
- Musimy je przeanalizować – oznajmił, szybko skanując wzrokiem wszystkie dziewięć zdań. - Ale najpierw... najpierw musisz doprowadzić się do porządku.
Obrzucił Deana szybkim spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Młodszy Winchester pokiwał głową, dopijając swoją kawę.
- A co ze śluzem? - Ponowił pytanie, starając się choć na chwilę przekrzyczeć wszystkie komórki jego ciała, które desperacko błagały o kąpiel. A przede wszystkim te odpowiedzialne za zmysł węchu.
- Nie jest niczym, z czym kiedykolwiek miałem kontakt, więc jeszcze nic pewnego nie udało mi się ustalić – odpowiedział John, wstając ze swojego miejsca i kierując się ku wyjściu.
- Tato... - Dean zatrzymał go w pół drogi. - Znasz Vergasa Lafayette?
John nie odwrócił się, analizując coś przez moment, po czym pokręcił głową.
- Czemu pytasz? - Zerknął na syna bez większego zainteresowania.
- Bez powodu. - Młodszy Winchester zmiarkował uśmiech i dokończył swoją kawę. John stał jeszcze w miejscu przez kilka sekund, po czym zniknął w korytarzu.

Upragniony prysznic okazał się być o wiele krótszy niż przypuszczał. Pukanie do drzwi łazienki skutecznie wybiło go z rytmu. Na szczęście udało mu się pozbyć zapachu użytej parędziesiąt razy ścierki do wycierania kurzu ze stumetrowej posiadłości, ciepła woda uaktywniła jednak zmęczenie, które opanowało wszystkie jego mięśnie.
Wyszedł z łazienki bez większego namysłu. W końcu demony raczej nie pukają.
Siedzący na łóżku John rzucił mu szybkie spojrzenie pełne nagany. Zbyt długie spędzanie czasu w łazience oznaczało marnowanie cennego czasu, który można było spożytkować na rozwiązywanie zagadek bądź mordowanie demonów.
- Za szybko odrzuciłeś te informacje – oznajmił, gdy Dean usiadł obok niego na łóżku. - Nigdy nie uznawaj czegoś za nieprzydatne, jeśli tego dokładnie nie zanalizujesz.
Dean pokiwał głową, zapamiętując naukę, którą słyszał w życiu już tyle razy, że dawno stracił rachubę. Większość jego myśli skupiło się na fakcie bardzo słabej mocy tutejszej kofeiny. Zmienił pozycję na półleżącą.
- Doszedłeś do jakiś wniosków? - spytał, zdążając przed kolejną zmianą ułożenia ciała rzucić okiem na otwarty dziennik ojca. Koło zdań, które młodszy Winchester zapisał w kawiarni, znajdowało się sporo haseł, które dla normalnego człowieka stanowiłyby jeden wielki, niepowiązany ze sobą chaos. Winchesterowie mieli własny system rozumowania.
- To są wskazówki, dotyczące sposobu prowadzenia śledztwa. - John podniósł się z łóżka, stając przed oknem, na jedynym oświetlonym miejscu w ciemnym pokoju. Nie zauważył, że Dean zsunął się już do pozycji leżącej. - Na tym żadnym etapie, na którym jesteśmy, niewiele da się powiedzieć, ale można dojść do pewnych wniosków. Nie ma to idealnego sensu, ale... cóż, to raczej ogólne zapatrywanie na prowadzenie sprawy.
Położył zeszyt na parapecie tak, że światło księżyca padało wprost na kartki. Dean przekręcił się na łóżku, żeby uzyskać jak najwygodniejszą pozycję.
- Wątpię, żeby pierwsza wskazówka odnosiła się do twojego zabawowego trybu życia, ale kto to może wiedzieć... - mruknął John, śledząc zapisane drobnym maczkiem litery. - To może mówić nam, że mamy się całkowicie skupić na tej sprawie. Druga część zaś odnosi się według mnie do kogoś, kto być może będzie chciał udzielić nam pomocy. Dusza w mroku, niesienie światła...
Pozostała przy życiu poduszka była taka miękka, że nie można się było w niej nie zapaść.
- Druga ostrzega nas przed ufaniem tylko oczom. Ciekawe czemu mamy więc ufać - mruknął John z sarkazmem. Winchesterowie, za wyjątkiem najmłodszego, wierzyli tylko w to, co sami widzieli. - Trzecia jest dość niejasna, ale przypuszczalnie każe nam być ostrożnymi.
Szelest papieru był dźwiękiem zachęcającym do snu. Kto by przypuszczał, że może być podobny do kołysanki?
- Kolejne są podobne do poprzedniej. Powinniśmy powstrzymać panikę i działać ostrożnie, bo inaczej może wydarzyć się kolejna tragedia. Następna mówi nam o naturze tego czegoś, z czym mamy do czynienia. Nie jest bestią, więc ma coś z człowieka, lecz jednocześnie nie zna litości.
John zamilkł na chwilę, zastanawiając się nad swoją interpretacją. Być może nieprawidłowo odniósł ją do aktualnej sprawy, nie wierzył jednak w zbiegi okoliczności. Hasła, rzucone przez znanego w ich świecie pseudo-wieszcza musiały coś znaczyć. Przeszedł więc do kolejnej sentencji.
- Znaczenia tej jeszcze nie rozszyfrowałem, ale może okazać się pomocna później, podczas konfrontacji. Następna sugeruje, że to coś samo do nas przyjdzie, wykonując pierwszy krok. Ostatnia zaś znów wzywa nas do ostrożności.
Na moment zapanowała cisza, po której kontynuował:
- Nie daje nam to wiele, z tym muszę się zgodzić. Zbieraj się, pojedziemy do miasteczka. O tej porze w barze powinno być dużo ludzi, a trzeba kogoś przesłuchać.
Odwrócił się z zamiarem opuszczenia pokoju, zatrzymał się jednak, gdy jego wzrok padł na Deana. Młodszy Winchester leżał na brzuchu z twarzą wciśniętą w poduszkę i rękami rozrzuconymi na boki. John westchnął ciężko. Przez chwilę miał zamiar obudzenia syna i wydarcia go z łóżka, w końcu jednak zrezygnował. Nic nie zapowiadało możliwości kolejnej katastrofy, mieli więc jeszcze czas. Dzisiejszy dzień nie należał do najlżejszych i choć przypuszczał, że kolejne wcale nie będą lepsze, musiał dać Deanowi trochę odpoczynku. Dopiero teraz poczuł, że sam również go potrzebował.
Zarzucił na syna koc leżący dotychczas w nogach łóżka i wyszedł z pokoju, odkładając sprawę do rana.

Świt dla Johna był czymś zupełnie innym niż świt dla Deana. W tak wczesnych godzinach organizm młodszego Winchestera odmawiał współpracy bez kooperacji z porządną dawką kawy, na którą, ku jego wielkiemu rozczarowaniu, zabrakło czasu. Milczał więc przez całą drogę do baru, przekonując samego siebie, że argument wyjazdu o zaraniu dnia był całkiem słuszny – o tej porze ci, których zastała tam noc, mogli jeszcze nie wytrzeźwieć na tyle, by odnaleźć drogę do wyjścia. Jako że nie mieli jeszcze żadnego tropu, musieli zadowolić się ośrodkiem publicznego pijaństwa. Policja z całą pewnością nie wiedziała nic na temat zagadkowego zniknięcia całego miasteczka.
Istotnie, w środku znaleźli wielu klientów, których stan nie był jednak na tyle zadowalający, by można było nawiązać z nimi jakąkolwiek formę kontaktu, która nie polegałaby na wymianie niezrozumiałych bełkotów. Jako że wszyscy wyglądali, jakby przeżyli spotkanie pierwszego stopnia z kosmitami, Dean wątpił, by kiedykolwiek osiągali stan trzeźwości.
Za barem znajdował się tym razem postawny mężczyzna w średnim wieku, niedbale czyszczący kufle po piwie.
- Dwie kawy – rzucił John w jego kierunku, siadając za ladą. Barman pokiwał głową i odwrócił się do nich plecami.
Dean usiadł obok ojca, niecierpliwie postukując palcami o blat. John zerknął na niego zmęczonym spojrzeniem, zaprzestał więc tej czynności.
- Jesteśmy dziennikarzami lokalnej gazety z Camden – odezwał się z przyjaznym uśmiechem starszy Winchester, gdy barman postawił przed nimi dwa papierowe kubki z parującym płynem, który zdawał się mieć jeszcze gorszą konsystencję niż poprzedniego dnia. - Mógłby nam pan opowiedzieć coś o tej okolicy? Działo się tu coś niezwykłego przed zniknięciem Pine Hill?
Mężczyzna wzruszył ramionami, podejmując przerwaną czynność. John zerknął wymownie na Deana, po czym wyjął portfel i położył na blacie pięćdziesięciodolarowy banknot. Barman w czasie krótszym niż jedna sekunda porwał cenny drobiazg, wyraźnie się ożywiając.
- Nie – odpowiedział, badając pod światłem autentyczność banknotu. Szeroki, nieprzyjazny uśmiech wykwitł na jego twarzy.
Winchesterowie spoglądali na niego przez dłuższą chwilę, oczekując kontynuacji wypowiedzi, nic takiego jednak nie nastąpiło. Dean uśmiechnął się ironicznie. Ciekawe, jak jedno słowo może drogo kosztować.
Mężczyzna włożył pieniądze do kieszeni i obdarzył ich jeszcze szerszym, mniej nieprzyjaznym uśmiechem. Dean zdążył już zatęsknić za wczorajszą barmanką. Przynajmniej mógł podziwiać ładne widoki, a teraz? 
- Wyczerpująca informacja – skomentował John ze sztucznym uśmiechem.
- Co tu dużo mówić? - Barman wzruszył ramionami, opierając się o blat. - Miasteczko jak każde inne.
- Bez żadnych problemów? - Mężczyzna pokręcił głową.
- Wszyscy idealnie wierzący, chodzący do kościoła? - wtrącił się Dean, przypominając sobie słowa barmanki.
- Z wiarą też nie ma problemów, jeśli o to chodzi. - W spojrzeniu barmana znowu pojawiła się lekka wrogość.
W powietrzu zawisła ciężka cisza. Nie wyglądało na to, żeby rozmową mogli dowiedzieć się od kogokolwiek o czymkolwiek. John nie ukrywając rozdrażnienia skupił się na swojej kawie, Dean postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym.
- Dużo tu macie personelu? - spytał z dwóch powodów: po pierwsze, żeby dowiedzieć się, czy może istnieją jacyś bardziej rozmowni pracownicy, a po drugie, żeby zorientować się, kiedy zastanie tu wczorajszą barmankę.
- Tu nie ma personelu – mruknął rozmówca Deana, a w jego zamglonych, ciemnobrązowych oczach pojawiła się iskra życia. Winchesterowie jak na komendę zmarszczyli brwi. - Ta buda właściwie nie należy w tej chwili do nikogo. Jej właściciele zg... zaginęli podczas mas... zniknięcia Pine Hill, nie zapisując jej nikomu. Bar przeszedł więc na miasto, a ci, co są zainteresowani jego przejęciem, udzielają się, jak mogą.
- Jest pan blisko zakończenia transakcji? - Ze słów, które chciał wypowiedzieć mężczyzna, łatwo można było wywnioskować, co sądzą o całym zajściu mieszkańcy Yellow Bluff, miasteczka sąsiadującego z Pine Hill. „Zginęli” i „masakra” nie sugerowało sił natury.
- Teraz tak – odpowiedział z niechęcią. - Najbliżej była Kayla. Sprawa stanowiła już pewniak, ale teraz... Biedaczka. - Westchnął dość teatralnie i powiódł spojrzeniem po mazajach na blacie.
- Była? - John wyłowił w jego odpowiedzi czas przeszły.
- Nie żyje.
Ojciec i syn wymienili szybkie spojrzenia.
- Kiedy zmarła?
- Policja twierdzi, że wczoraj, około południa. Ciało znalazła przyjaciółka, po jakichś dwóch godzinach.
- Gdzie? - Obaj podnieśli się, dopijając szybko swoje napoje.
- W jej mieszkaniu, niedaleko biblioteki miejskiej. - Gdy słowa opuściły jego usta, barman zaczął zastanawiać się nad tym, czy aby na pewno powinien zdradzać takie szczegóły nieznajomym. Było już jednak za późno na odwrót, więc postanowił się tym nie przejmować. - Zemdlała, czy coś. I było już za późno. Zawał, czy coś.
- Dziękujemy. - John rzucił na blat parę monet i ruszyli w stronę drzwi wyjściowych. Dean zawrócił w pół drogi i podszedł do lady, pytając barmana konspiracyjnym szeptem:
- Kayla nie pracowała tu wczoraj, prawda?
Mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie, ale odpowiedział:
- Pracowała, w barze widziano ją po raz ostatni. Żywą, znaczy się.
- Cholera. - Dean skrzywił się, skinął głową barmanowi i wybiegł z budynku.

Po zimnym wnętrzu kostnicy małe mieszkanko zamordowanej wydawało się być rajem na ziemi. Przytulne i swojskie nie pasowało na scenę zbrodni. Jeśli oczywiście była to zbrodnia, w co Winchesterowie nie wątpili.
Do środka wprowadził ich dozorca budynku, oczywiście po okazaniu odznak agentów federalnych. Żółta taśma była rozciągnięta przed drzwiami, a wewnątrz, niedaleko wejścia, na podłodze widniały obrysowane na biało kontury ciała. Ciała, które teraz leżało spokojnie i cicho w mrocznym królestwie lekarza medycyny sądowej, czekając na sekcję. Ciała, które nie nosiło żadnych znaków, mogących wskazać przyczynę śmierci. Chyba, że można było do nich zaliczyć zastygłe w wyrazie przerażenia orzechowe oczy.
Podziękowali mężczyźnie i rozeszli się po mieszkaniu, badając pomieszczenia pod kątem siarki, fal elektromagnetycznych i innych, potencjalnie podejrzanych substancji. Prywatne schronienie zmarłej było niewielkie, na jego inspekcji nie stracili więc dużo czasu. Nie znaleźli nic, pomijając brązowej plamy po napoju i kawałków szkła rozrzuconych po kuchni.
- Może to rzeczywiście przyczyny naturalne? - spytał Dean, kiedy po przeszukaniu wrócili do kuchni. Policja czekała tylko na wyniki sekcji, by umorzyć sprawę. Nie było dowodów, które mogłyby wskazać na popełnienie przestępstwa – żadnych śladów włamania, obcych odcisków palców, krwi.
John powoli pokręcił głową.
- To byłby za duży zbieg okoliczności – stwierdził, wyciągając z plecaka mały instrument, który wysyłał promienie ultrafioletowe, odkrywające niedbale usuniętą krew. - A w naszym zawodzie nie ma zbiegów okoliczności.
Wstał i przejechał instrumentem nad każdym calem podłogi kuchennej oraz kawałkiem przedpokoju. Nie wykrył niczego podejrzanego. Wrócił do kuchni, a promienie urządzenia omiotły przeciwległą ścianę. Dean mrugnął.
- Poświeć na ścianę – powiedział, podchodząc do gładkiej powierzchni. John ustawił urządzenie równolegle do ściany.
Krew, bo niewątpliwie była to krew, zajaśniała, odkrywając przed nimi wypisany wielkimi, rozmazanymi literami napis.
To nie jest miejsce, do którego należysz.
Dean wyciągnął rękę i przejechał po ścianie. Na jego opuszkach nie został ani jeden ślad.
- Hm – mruknął pod nosem John, wyłączając instrument. Sięgnął do plecaka i przez krótką chwilę usilnie czegoś poszukiwał.
- Co „hm”? - spytał Dean, obserwując poczynania ojca.
John nie odpowiedział. Znalazł wreszcie to, czego szukał – niewielką zapalniczkę – i podstawił jej płomień pod ścianę.
Krew ponownie zajaśniała, odkrywając ten sam napis.
- Hm – mruknął ponownie. Dean zebrał w sobie pokłady cierpliwości.
- Wnioskuję, że to nie powinno tak wyglądać – powiedział, obserwując, jak napis niknie wraz z oddalaniem się płomienia.
- Temperatura nie odkrywa krwi – wyjaśnił John, cofając się parę kroków i przyglądając się bacznie ścianie. - Nikt jej nie ścierał. Działa na zasadzie atramentu sympatycznego.
- Więc to nie jest krew? - spytał Dean, zastanawiając się nad możliwościami.
- To jest krew. Ma zbyt specyficzny kolor, by można ją było z czymkolwiek pomylić.
Dean również cofnął się odrobinę i zerknął podejrzliwie na ścianę. Przez dłuższą chwilę stali tak, opierając się plecami o stół, analizując nowy ewenement.
- Krew sympatyczna – roześmiał się po chwili Dean. - Interesujące zjawisko.
- Raczej niepokojące. - John oczywiście nie podzielał rozbawienia syna. Niejeden raz udzielał mu lekcji „nowe i nieznane równa się niepokojące”. - Śmiech jest tu nie na miejscu.
- Tak jest – mruknął machinalnie Dean, szybko zmieniając temat. - Myślisz, że jest to powiązane z Pine Hill? Czy to po prostu zbieg okoliczności?
- Nie istnieją zbiegi okoliczności. - John powtórzył swoją wcześniejszą kwestię, odrywając się od stołu. - Popytaj sąsiadów, może wiedzą o dziewczynie coś, co pomoże nam zrozumieć ten napis. Ja pójdę do biblioteki, poszukam czegoś związanego z tą zieloną mazią. Spotkamy się przy samochodzie.
Po czym nie czekając na odpowiedź opuścił mieszkanie.
Dean przechwycił leżący niedaleko zlewu batonik, po czym poszedł w ślady ojca. A nuż wśród sąsiadek nieszczęsnej ofiary znajdzie się ktoś godny zainteresowania? Przez „ktoś” miał oczywiście na myśli przedstawicielkę płci pięknej w przedziale wiekowym od pełnoletności do trzydziestu pięciu lat. A jeśli ktoś takowy się znajdzie, nie powinien marnować czasu.

Rzadko kiedy ostatnimi czasy uciekali się do pomocy bibliotek. Trafiały im się rutynowe przypadki, stwory, z którymi byli już dobrze zaznajomieni. Tym razem sprawa, choć była jeszcze w powijakach, nie nosiła znamion wcześniejszej znajomości.
Zapewne wspólne poszukiwania poszłyby im szybciej, John jednak wolał powierzyć zadanie przesłuchiwania sąsiadów synowi. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Dean szybciej niż on nawiązywał kontakty z ludźmi, wzbudzał też o niebo większą sympatię. Nie dość, że przychodziło mu to łatwo, to jeszcze z niebywałą przyjemnością. Senior rodu Winchester i ludzie równało się kompletnie innej sprawie. Demony, duchy, wilkołaki były jego chlebem powszednim, nie zaś człowiek. Zazwyczaj unikał jak ognia nawiązywania wzmożonych kontaktów międzyludzkich. Rzadko kiedy potrafił się zdobyć na choćby odrobinę sympatii, która nie zraziłaby do niego rozmówcy na samym starcie, wolał więc trzymać się z daleka od wszystkiego, co wymagało umiejętności prowadzenia spokojnych, radosnych konwersacji.
Spędził w bibliotece ładnych parę godzin. Gdy wyszedł, na dworze już zmierzchało. Przy samochodzie nie było nawet śladu Deana. Johna wcale to nie zaskoczyło. Jeśli tylko jego pierworodny znalazł obiekt godny zainteresowania, potrafił wsiąknąć na długie godziny. Długie, cenne godziny. Czas zawsze mógł oznaczać życie wielu niewinnych ludzi.
Z niezadowoleniem wypisanym na twarzy starszy Winchester ruszył w stronę budynku, w którym mieściło się mieszkanie zamordowanej barmanki, gdy zatrzymało go wołanie dochodzące od strony ulicy.
- Przepraszam!
Odwrócił się, stając przed czerwonym Mitsubishi Outlanderem. Przez okno wychylała się ku niemu blondynka, na oko dwudziestopięcio letnia. Ruszył powoli w jej stronę, a ona obdarzyła go nieśmiałym, zakłopotanym uśmiechem.
- Czy mógłby mi pan wskazać drogę do najbliższego motelu? - spytała, wyprostowując się na swoim siedzeniu.
- Musi pani pojechać prosto, tak jak droga będzie prowadzić. - John oparł się o otwartą szybę pasażera, ręką wskazując kobiecie drogę. - A później skręcić w prawo. Na drodze stoi bilboard, więc na pewno się pani nie zgubi.
- Dziękuję – odpowiedziała niepewnie, przygryzając dolną wargę. - Może pana gdzieś podwieźć? - dorzuciła na jednym oddechu.
John odsunął się nieco od samochodu, marszcząc brwi. Sytuacja była, lekko to określając, niecodzienna. Zaczynał zapadać zmrok, a atrakcyjna dziewczyna ni stąd, ni zowąd, pyta obcego mężczyznę, czy nie potrzebuje autostopu. Tak nie zachowywały się zwykłe, atrakcyjne dziewczyny.
Tak mogły za to zachowywać się demony.
- Jasne, dlaczego by nie – stwierdził więc, zmuszając się do uśmiechu. Na wyrwanej w pośpiechu z podręcznego notesu kartce napisał parę słów, włożył za wycieraczkę hummera i wsiadł do rażącego czerwienią auta.
W najlepszym przypadku zabije demona. W najgorszym spędzi jakieś pół godziny w towarzystwie kobiety. Nic prostszego.

Jak się okazało, nieznajoma była jedynie zagubioną w trasie kobietą, której brakowało benzyny, dobrej mapy, umiejętności kartograficznych. Choć równie dobrze mogła być doskonale grającym demonem. Takiej możliwości nigdy nie można było wykluczyć.
Na ich widok recepcjonistka w hotelu rozjaśniła się od ucha do ucha. Nowoprzyjezdny był ewenementem, którego się nie spodziewała.
- Ma pan gościa – zaszczebiotała w stronę Johna, wyciągając księgę, aby zameldować dziewczynę.
- Gościa? - powtórzył Winchester ze zdumieniem.
- Ano gościa. Wpuściłam ją do środka. Stąd jest i tak jedno wyjście, a mamy kamery, więc nie mogłaby niczego ukraść. Mam wszystko pod kontrolą! - kontynuowała swój radosny świergot, zapisując dane nowego mieszkańca hotelu.
? O tej porze? W motelu?
- Dziękuję – mruknął, zaciskając palce na ukrytej za paskiem broni.
Odczekał, aż recepcjonistka zakwateruje nowego gościa, a dziewczyna przyjmie od niej klucz, minie go z uśmiechem i ruszy w stronę swojego pokoju – o zgrozo przyległego do jego własnego – po czym podążył wolno w stronę własnej kwatery. Drzwi były zamknięte. Pchnął je lekko, wyciągając przy okazji pistolet.
Bez wahania wymierzył bronią w stojącą przy oknie sylwetkę, wyraźnie widoczną na tle księżycowej poświaty.
- John Winchester? - Postać odwróciła się, przemawiając spokojnym, zrównoważonym głosem, nie robiąc sobie nic z wycelowanego w nią pistoletu. - Sądzę, że musimy porozmawiać.

Dean wyszedł z budynku pół godziny później, odkaszlując resztki dymu, które dostały się do jego płuc podczas wizyty u sąsiadów z najwyższego piętra. Ku jego rozżaleniu nikt z otoczenia Kayli nie pasował do rysopisu „kogoś interesującego”. Mieszkania zajmowały w większości starsze panie, które mimo jego gorących protestów wciągały go do wnętrz swoich przytulisk i zmuszały do wypicia z nimi herbatki oraz wysłuchania historyjek o wnuczkach, dzieciach, psach, kotach i wszelkiego rodzaju innych rzeczach, o których bynajmniej nie miał ochoty słuchać. Z ulgą wyrwał się więc na wolność, po raz kolejny w ciągu ostatnich dwóch dni dopadając hummera tak, jakby stanowił on długo upragnione wybawienie, a nawet dom.
Za wycieraczką odkrył kartkę od ojca. Jestem w hotelu. Nie czekaj na mnie.
Jasne. Bo i po co mieliby wracać razem.
Lekko rozdrażniony wsiadł do samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi i odpalając silnik. Urządzenie zarzęziło w proteście, posłusznie jednak zapaliło i po chwili wytoczyli się na drogę, z przyprawiającą o wściekłość prędkością. Nudnej wędrówki Dean nie mógł sobie nawet umilić swoją ukochaną muzyką – wszystkie kasety zostały w Impali, o której wolał nawet nie myśleć, bo tęsknił za nią niewyobrażalnie. Radia w tym starym gracie nawet nie było.
Skupił się więc na sprawie, nad którą pracowali. Jeśli śmierć Kayli nie miała związku ze zniknięciem Pine Hill, stracili cały dzień. Trudno było w to jednak uwierzyć, zważywszy na to, czego dowiedział się od sąsiadów nieboszczki.
Kayla Johnson była krystaliczną obywatelką Yellow Bluff, bez żadnych grzeszków i tajemnic. Jeden element sprawił, że jej zagadkowa śmierć wpasowywała się idealnie do układanki.
Bo Kayla Johnson nie pochodziła z Yellow Bluff, Cadmen, czy też pozostałych dwóch, wciąż istniejących miasteczek hrabstwa Wilcox.
Kayla Johnson pochodziła z Pine Hill.
To sprawiało, że na jej morderstwo – a co do tego, że było to morderstwo, Dean nie miał już żadnych wątpliwości – należało patrzeć z innej perspektywy. Wniosek nasuwał się sam. Ofiara pochodziła z nieistniejącego już miasta, tak więc, według oprawcy, powinna podzielić los wszystkich jego mieszkańców. A to oznaczało, że ten, kto ją zabił, był również odpowiedzialny za wyparowanie Pine Hill. Konkluzja była tak prosta, że aż zbyt prosta, czasem jednak oczywiste rozwiązania były najwłaściwsze.
Co im to jednak dawało? Jedynie nowe hipotetyczne zmartwienie – o los innych urodzonych w Pine Hill, lecz mieszkających gdzie indziej oraz nową zagadkę – sympatyczną krew. Nie wiedzieli, w jaki sposób ani dlaczego zmarła Kayla, nie było żadnych świadków, kamery przed budynkiem niczego nie zarejestrowały. Wciąż tkwili w tym samym, martwym punkcie. Słowo „martwy” nabrało tylko troszkę innego znaczenia.
Silnik zaskowyczał, spod maski podniósł się szary dym. Auto skoczyło do przodu, po czym się zatrzymało.
- Bez jaj – jęknął Dean, wychodząc z samochodu i przechodząc na przód hummera. Otworzył maskę i zakrztusił się gęstym dymem. Dopiero po chwili, gdy sztuczna, mechaniczna mgła opadła, przez zmrużone oczy, do których nadbiegały łzy, ujrzał wnętrze auta. I doszedł do prostego wniosku. Rozładował się akumulator.
W środku nocy. W połowie drogi między miasteczkiem a hotelem. Na pustej szosie.
- Kurwa – zaklął siarczyście, uderzając dłonią w otwartą maskę. Nie uśmiechało mu się darcie na piechotę tylu kilometrów, w dodatku bez dużego arsenału.
Ale cóż mógł na to poradzić? Nie miał większego wyboru.
Wyjął zza paska pistolet i sprawdził, czy jest naładowany. Przezorny znaczy ubezpieczony, a ubezpieczonego Pan Bóg strzeże. Jeśli oczywiście się w niego wierzyło, a wiarą tą Dean nie mógł się pochwalić.
Zamykał właśnie maskę samochodu, gdy poczuł, że jest obserwowany. Nie zatrzaskując klapy podniósł powoli głowę, nasłuchując dochodzących z otaczających go z jednej strony pól, a z drugiej strony krzaczastych zarośli, odgłosów. Wszędzie panowała cisza, nie mógł się jednak pozbyć wrażenia, że ktoś się mu przyglądał.
Trzask gałązki, jaki doszedł ze strony krzaków kilka kroków od niego, rozszedł się w powietrzu jak wystrzał z pistoletu. Dean błyskawicznie zwrócił broń w tamtą stronę. Przeszedł na tył samochodu, bliżej źródła dźwięku. Nikogo nie było widać.
Suche źdźbło wystrzeliło gdzieś po drugiej stronie. Odwrócił się gwałtownie, a broń o mało co nie wypaliła. Tam również nie było nikogo.
- Wyjdź i pokaż się, ty tchórzu! - krzyknął, odbezpieczając pistolet. Serce waliło mu w piersi mocniej niż zazwyczaj, gdy obracał się na wszystkie strony, usiłując przedrzeć ciemność wzrokiem. Mrok jednak nie zamierzał ustąpić, wyciągając ku niemu swe czarne, ukrywające wszystko ręce.
Z ciemności najpierw napłynął do niego zapach. Odurzający zapach śmierci, który poczuł już na metaforycznych ruinach Pine Hill. Później przypłynął głos. Zatrzymujący bieg krwi w żyłach szept, który mroził wszystkie członki, uniemożliwiając poruszenie się.
- Dean...
Głos wspiął się po jego unieruchomionej wręcz ręce do ucha, przewiercając się aż do mózgu. Walczył sam ze sobą o nieupuszczenie broni, choć pistolet i tak wycelowany był w asfalt.
- Nie musisz już walczyć...
Resztkami sił podniósł broń, omiatając chaotycznym spojrzeniem całą okolicę.
- Pokaż się, a ja pokażę ci wtedy, jak bardzo chce mi się walczyć – syknął, cofając się, aż poczuł za sobą chłodny bagażnik auta.
Był w pułapce. Nie zamierzał jednak poddać się bez walki, co to, to nie.
- Oj, Dean, Dean, Dean... - Głos cmoknął z dezaprobatą. - I tak przegrasz...
Ciemność zdawała się ciążyć mu na gardle, zmuszając do desperackiego chwytania powietrza, jakby znowu w płucach miał sam dym, tym razem gęsty i lepki, uniemożliwiający oddychanie. Walczył o dech, czując, jak tlen ucieka z jego ciała wszystkimi możliwymi porami. Opadł na kolana, łapiąc się za serce, jakby to miało mu w czymś pomóc.
Dusił się. I nic nie mógł na to poradzić.
Przed oczami zaczęły wykwitać mu czarne mroczki. Głos, powtarzający wciąż jego imię, dochodził do niego jakby z oddali, osaczając go i uniemożliwiając ucieczkę. Ucisk w klatce piersiowej rósł, aż w końcu wzmógł się tak bardzo, iż miał wrażenie, że za chwilę zmiażdży mu żebra.
Nagle, w jednej chwili, wszystko ustało. Ciemność zdawała się rozstąpić, a drogę zalało światło. Ucisk zniknął, powietrze znów beztrosko wpływało do płuc otwartymi kanałami oddechowymi.
Dean jęknął i przewrócił się na plecy, leżąc płasko na asfalcie, nie mając jeszcze siły się podnieść. Usłyszał dźwięk silnika, a po chwili ujrzał nad sobą cień.
- Jakiś problem?
Młody Afroamerykanin wyciągnął do niego rękę, pomagając mu wstać. Dean przyjął pomoc, z trudem dźwigając się na nogi.
- Siadł mi akumulator – powiedział, wracając do prozaiki rzeczywistości.
- Żaden problem. - Mężczyzna uśmiechnął się, poklepał go po plecach, a po chwili już użyczał mu własnego prądu do podładowania serca starego hummera.
- Dziękuję. - Dean zmusił się do uśmiechu, ściskając mocno rękę swojego wybawcy.
- Żaden problem – powtórzył młodzieniec, wsiadając do swojego auta. Dean nie miał zamiaru zwlekać, toteż od razu, gdy tamten był jeszcze na horyzoncie, wskoczył do hummera i ruszył na pełnych obrotach silnika.
Dojechał do hotelu po dziesięciu minutach, bez dodatkowych przygód. Wpadł do hallu i spotkał się ze zdumionym spojrzeniem recepcjonistki, która właśnie wstawała znad swojej lady. Nie miał czasu ani ochoty się jej tłumaczyć, więc tylko rzucił jej przepraszający uśmiech i ruszył w stronę pokoju ojca. Otworzył gwałtownie drzwi bez pukania i zatrzymał się w progu, od razu stając twarzą w twarz z właścicielką oczu bliżej niezidentyfikowanego koloru. 

~~~
Rozdział dedykowany Cheyennesis. Przepraszam, kochana, że nie mogę spełnić Twojej prośby i obiecuję, że postaram się uczynić to tak szybko, jak tylko będę mogła! Mam nadzieję, że długość tego rozdziału Ci odpowiada. :)
Pozdrawiam serdecznie